
Gia.
Nie pamiętam kiedy ostatnio jakiś film mnie tak wciągnął. Wspaniała, tragiczna historia dziewczyny, która błyskawicznie podbiła swym niepokojącym pięknem kapryśny świat nowojorskiej mody, stając się pierwszą supermodel.
Historia prawdziwa - z bardzo przekonywującą kreacją Angeliny Jolie.
Poruszyła mnie ta historia. Dziewczyna, która emanowała niepokojącym pięknem i niepowtarzalnym seksapilem, była równocześnie bardzo nieszcześliwa. Był w niej smutek i pustka, z którą nie umiała sobie poradzić. Podziwiana i uwielbiana, Gia była przede wszystkim bardzo zagubiona, co odzwierciedlało się w jej dekadenckim stylu życia. Poważne problemy z narkotykami, które zrujnowały jej karierę, nie zdołały jej zabić. Myśle, że zbyt bardzo jednak kochała życie. Udało jej się pokonać okrutny nałóg heroinowy, ale przegrałą nierówną walkę z plagą lat 80-tych - AIDS.
Przejeżdżając ostatnio przez centrum Filadelfii próbowałam sobie wyobrazić jak wygladały jej ulice w czasach Gii - widziane jej oczyma. I tak zobaczyłam miasto tętniące życiem w innym tempie, nieprzejrzyste w swym wizerunku tak jak teraz, ale może w inny sposób. Miasto z ciemniejszymi niż teraz zakamarkami, z klubami głośniejszymi i bardziej kolorowymi. I tak wyobraziłam sobie lata 80-te w zupełnie nowy sposób. Obnażone w swym realizmie, bez kiczowatej otoczki nagromadzonej przez czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz